Żyję w tym ciele już
32 lata, długo by pisać o tym wszystkim co było. Podobno
przeszłość nie ma znaczenia w potędze teraźniejszości.
Faktycznie rozpamiętywanie minionych dziejów niewiele daje, a już
z pewnością kurczowe trzymanie się przeszłości. Przez wiele lat
żyłem przeszłością, wspomnieniami. Potem coś się zmieniło,
zacząłem z kolei myśleć o przyszłości, bliższej i dalszej, co
za parę miesięcy, co za miesiąc, jutro... Wielkie planowania,
które w istocie niewiele dawały, każdy dzień szedł swoim
biegiem. Wrócę jednak do opisania samego siebie, wielkiego skrótu
tego jak to było w moim życiu. Z pewnością wiele to mówi o mnie
samym. Zastanawiając się nad sobą warto jednak wejrzeć w
przeszłość i pomyśleć do czego to prowadziło, skąd wzięły
się te dobre jak i złe rzeczy...
Dzieciństwo miałem
dobre, przez pewien czas beztroskie, potem jako nastolatek było
gorzej, były problemy w domu, mianowicie alkoholizm. W głębi serca
smuciło to, szczęśliwie było bez agresji i przemocy. Jednak
zawsze ten lęk, że rodzicie, których bardzo kochałem i kocham się
rozejdą. Zawsze bałem się ich rozwodu. Rodziców otrzymałem w tym
wcieleniu świetnych. Mimo pewnych wad byli i są wyjątkowi. Jedyni
w swoim rodzaju, tak tata jak i mama. Wiele nauczyli, wzbudzali
zainteresowania, uczyli dobrego podejścia do życia. W domu
rodzinnym było czasem skromnie, ale zarazem dostatnio. Zawsze jako
dzieci, był jeszcze młodszy brat, mieliśmy co jeść, rodzice
stawali na głowie byśmy wszystko co niezbędne mieli. Za to jestem
im wdzięczny.
Jako chłopiec zawsze
byłem nieśmiały, ale w miarę towarzyski, choć wybierałem sobie
zawsze pewne grono najbliższych osób, rówieśników. Wychowywałem
się jeszcze na podwórku, bez telefonu komórkowego, był komputer,
ale dopiero gdy miałem 10 lat, zaś telefon gdy skończyłem 19,
dopiero gdy wyjechałem na studia do Wrocławiu. Nowinki
technologiczne, samochody itp zawsze były mi obce. Byłem i jestem
typem humanisty i poniekąd artysty. Od 6 roku życia wykonuję
figurki z plasteliny. Wszystko zaczęło się od figurki dinozaura
diplodoka, którą wykonał mój tata, zaś mama kupiła plastelinę.
Wtedy zaczęła się moja przygoda z plasteliną, która trwa do
dziś. W ciszy i spokoju tworzyłem swój świat figurek, od
dinozaurów przez świat zwierząt aż po ludzi z ich prehistorią i
historią w końcu światy fantasy inspirowane głównie grami PC, na
które kiedyś poświęcałem wiele czasu. Lubiłem zabawki, nie
zawsze były na nie pieniądze, więc sam wykonywałem ich namiastki
z plasteliny np upragniony zestaw klocków lego. Bawiłem się w
odtwarzanie bitew historycznych, składanie ofiar przez Azteków,
nawet palenie na stosie...
Było nie było, byłem i
jestem wyjątkowy tak jak i każdy. Chyba dopiero teraz z wiekiem
widzę, że to wielki dar i szansa. Przeszedłem długą drogę i
wiem, że to co w życiu najważniejsze to doświadczenie w rożnych
płaszcyznach. Z pewnością wielu miało bogatsze życie ode mnie.
Sam tylko raz wyjechałem za granicę i to za pracą. Jednak w
ukochanym mieście, do którego przybyłem w wieku 5 lat i jego
okolicach spędziłem wspaniały czas i nadal tak jest. To jest moje
miejsce na ziemi z jeziorem, parkami, ciemnymi zakamarkami, polami,
łąkami i pseudo lesistymi terenami.
W moim życiu miałem też
swoje traumy., zatem wrócę do moich nastoletnich przeżyć .W wieku
lat 12 zakochałem się w pewnej dziewczynie, była to iście
platoniczna miłość, czysto idealizująca, zielona. Oczywiście bez
wzajemności tym bardziej że brak mi było śmiałości by wyznać
uczucie. Niebawem ona wyprowadziła się. Uciekła szansa wyznania. A
ja nadal kochałem wręcz patologicznie rozpamiętując. Lata mijały
a ja głównie uczyłem się i grałem na komputerze, niestety
przyszła największa trauma życia. Mój tata zapadł na nowotwór,
bardzo szybko na moich oczach zmarł w naszym rodzinnym domu. Tego
dnia wszytko się zmieniło. Moje życia przepełnił mrok śmierci,
jej przeszywający cień towarzyszy mi do dziś. Warto wspomnieć, że
jako nastolatek byłem bardzo zamknięty w sobie z racji
niespełnionej zielonej miłości. Wtedy z mamą nie było jak
rozmawiać, tak uważałem, zaś tata starał się dotrzeć, niestety
ja byłem totalnie chłodny na to i wręcz grubiański. Tymczasem on
naprawdę chciał do mnie dotrzeć. Gdy zmarł na moich oczach
pojawił się wielki zal i wyrzut, że nigdy nie powiedziałem mu
prosto w oczy jak bardzo go kocham... Paradoksalnie tego samego dnia
spotkałem się z ukochaną dziewczyną, akurat byłem u niej w
domu... Zostawiłem list z wyznaniem i propozycją spotkania. Potem
spotkaliśmy się, jednak, nic z tego nie wyszło, wiadomo spóźniłem
się. W zasadzie ten swoisty zawód i potem ostatnie z spotkanie z
nią, gdy odmówiła jakiegokolwiek dalszego kontaktu oraz śmierć
taty pchnęły do totalnej izolacji. Zamknąłem się w świecie
niespełnionej miłości, i śmierci, lęku, stresu. Oddałem się
głównie nauce i swojej plastelinowej twórczości oraz muzyce.
Ponadto od tego kosza od dziewczyny zacząłem chodzić na spacery
najpierw tam, gdzie mieszkała ukochana. Wtedy spodobały się takie
spacery, samo chodzenie. W ten sposób pokochałem samotne wędrówki,,
szczególnie wieczorne, a noc stała się moją ukochaną, ta jak
Muzyka. W ten sposób to one wraz z Naturą i moją Twórczością
towarzyszą mi po dziś. Liceum ukończyłem, maturę zadłem, byłem
dobrym systematycznym uczniem. Potem, studia historii we Wrocławiu i
2 lata kultury śródziemnomorskiej, chciałem robić doktorat z tego
i skupić się głównie na biblistyce, szczególnie na Nowym
Testamencie i postaci historycznego Jezusa. Od około 20 roku życia
zacząłem się zastanawiać nad swoją katolicką wiarą.
Z gorliwego katolika
stałem się poszukującym, wątpiącym, poznałem inne
światopoglądy, w tym agnostycyzm, ateizm, racjonalizm, oraz
zainteresowałem się różnymi religiami, alternatywnymi drogami
duchowymi. Poznałem świat mistyki, duchowości alternatywnej,
stałem się w pewnym okresie życia agnostykiem, może nawet przez
chwilę ateistą. Zwątpiłem we wszystko, a pomimo natłoku tekstów
do czytania na studia zawsze podczytywałem jeszcze swoje "duchowe
lektury". W końcu poznałem książki Anthonego de Mello
"Przebudzenie" oraz Willigisa Jagera "Fala jest
morzem" są to trudne lektury, spore wyzwania, jednak z czasem
dotarły do mnie trudne prawdy. Temat swoje duchowej drogi rozwinę
przy innej okazji.
W między czasie poznałem
pewną dziewczynę z którą byłem, trwało to 1 rok., potem w
związku z dwiema zdradami z jej strony rozstała się ze mną. Fakt
zdrady był dla mnie wielkim szokiem, mimo to szukałem kontaktu z
nią po rozstaniu, trwało to około 2 lata, bez sensu. Z racji
niskiej samooceny myślałem, że nikogo nigdy nie znajdę innej
dziewczyny. Potem oddałem się studiom, kontaktom z ludźmi na
studiach. Z totalnego samotnika stałem się nawet towarzyski, mogłem
porozmawiać w zasadzie z każdym na uczelni Poza tym mialem trochę
nauki odpowiedzialności. Cenię ten czas, było niezwykle bogaty w
kontakty z ludźmi, rozmowy, żarty, była grupka bliskich znajomych.
Warto pamiętać, że nie imprezowałem jak przystało na studenta.
Tylko okazyjnie trochę alkoholu ale bez ekscesów. W między czasie
pojawiły się problemy żołądkowe, głównie z racji wieloletniego
stresu, może też nadmiaru kawy, zarywania nocy. Jednak wszechobecny
stres latami osłabiał ciało... Zacząłem chodzić po lekarzach i
zmieniłem dietę. Z racji duchowych lektur postanowiłem o
wegetarianizmie ze względów etycznych. Tak rozpoczęła się moja
wielka przygoda z gotowaniem i pieczeniem, trwa to po dzisiejszy
dzień. Jest to temat na inny wpis.
Na studiach skupiłem się
na najbliższej mi starożytności z kulturą duchową. Wspaniała
przygoda ubogaciła też moje duchowe poszukiwania. Gdy trafiłem na
gnozę chrześcijańską uznałem, że to jest to, Jezus jako duchowy
przewodnik z Ewangelii Tomasza stał się najbliższy, tak trwa to do
dziś.
Studia na historii
zakończyłem z powodzeniem, chciałem w przyszłości robić
doktorat z historii starożytnej, udałem się na studia kultury
śródziemnomorskiej, tam poznałem podstawy greki, łaciny i
hebrajskiego. Szło bardzo dobrze, ale już wtedy czułem pewne stany
rozbicia i zagubienia,z racji tego niespodziewanie postanowiłem
rzucić studia i zacząć pracować. Najpierw we Wrocławiu, a potem
w Nysie trochę na bezrobociu i wreszcie wyjazd do pracy w Holandii.
Tam była ciężka praca fizyczna przy układaniu cegieł, ciężkie
towarzystwo, byłem zupełnie sam , ale chciałem tego. W zasadzie
bardziej chciałem zdać sie ana samego siebie, zyskać bardziej
nawet doświadczenie niż pieniądze, choć te się przydały. Tam
jako wegetarianin byłem niedożywiony, nie przejmowałem się że
jem za mało, ciało bardzo wychudło. Już pod koniec zakończenia
pracy nabawiłem się w związku z tym zaburzeń odżywania. Zaczął
się nieposkromiony apetyt. Zawsze nawraca po ciężkiej pracy
fizycznej. To długa i trudna historia... Z pewnością ratuje fakt,
dużej aktywności ruchowej w ciągu dnia.
Jeszcze w latach
2010-2011 byłem z pewną dziewczyną, ta była jedyną, która
prawdziwie mnie kochała. Jednak szybko uznałem, że za bardzo się
różnimy. Po długich przemyśleniach postanowiłem zakończyć
związek. Było ciężko, podczas studiów rzuciłem się w wir
nauki, były tez przelotne zauroczenia, te zawsze daremne. Wreszcie
po 2 poważniejszych zawodach miłosnych dałem sobie spokój ze
związkami z kobietami. Akurat po pracy w Holandii zaczęło we mnie
wygasać libido. Potem praca na stażu w muzeum i tak szło. Ciągle
zmagałem się z narastającymi stanami depresyjnymi. Gdy zakończyłem
pracę, z czasem popadłem w całkowite załamanie, w 2017 roku.
Postanowieniem popełnić samobójstwo, wszystko było zaplanowane,
ale w zasadzie na noc przed tym wszystkim pewien utwór odmienił
moje życie i ruszyłem w spacer życia. Cały dzień chodziłem po
okolicach. Zostawiłem list pożegnalny, z diwema możliwościami:
przeżyję lub wrócę. Tymczasem w drodze wskutek wycieńczenia i
odwodnienia słabłem. W końcu postanowiłem wrócić do domu i
zacząć od nowa. Jednak odnalazła mnie policja, uznali że jestem
niepoczytalny. Ostatecznie pogotowie zabrało do szpitala
psychiatrycznego... Tam z początku zbuntowany, wyciszyłem się,
szybko bo po 10 dniach wyszedłem i jakby wszystko wracało do normy.
Rodzina była w szoku i w zasadzie straciłem ich zaufanie. Być może
teraz coś się zmieniło. Ważne, że zrozumiałem, że życie to
dar. Cokolwiek by nie było, chcę żyć i iść przez życie oraz
krozystać z jego uroków i możliwości.
Już trzeci dzień
kontynuuję wpis, dość chaotycznie, ale jeszcze raz w skrócie: od
nastolatka szukanie miłości i zawody miłosne, również dużo
czasu na naukę, indywidualną drogę duchową, W końcu porzucenie
naukowych planów z racji pogorszenia stanu umysłu, po ciężkiej
pracy w Holandii wycieńczenie, niedożywienie i tak stopniowo
popadałem w osamotnienie i izolację. Postanowiłem żyć sam,
jednak brak życia towarzyskiego i mieszkanie samemu, jako że mama
wyjeżdża za granicę, sprawiło, że popadłem w depresję. Po
targnięciu się na życie i spacerze życia, zrozumiałem wszystko.
Wróciłem do pewnej równowagi na lekach, ale szybko przestały
działać. W końcu postanowiłem odstawić leki i znaleźć swój
sposób na depresję. Znalazłem to w dużej mierze dzięki
aktywności fizycznej oraz szukaniu różnych zajęć w ciągu dnia.
Wiele pomysłów i ciągle na wszystko mało czasu. W ten sposób
porzuciłem myśli o samobójstwie. Stany lękowe i obawy minęły.
Wreszcie uwolniłem się do tego, jednak pojawiała się stopniowa
słabość ciała i problemy z ciałem fizycznym. Zaczęły sie
badania, pobyt w szpitalu. Ostateczna diagnoza póki co w wielkim
skrócie wygląda tak; hipogandyzm gonadotropinowy, anemia i
hiponatremia. Niemniej jednak staram się iść przez życie i
korzystać z każdego dnia. Tak oto wreszcie kończę ten chaotyczny
wpis, w zasadzie nawet jego forma wiele mówi o mnie samym. Temat
swoich autorefleksji będę jeszcze kontynuował. Póki co ciągle
szukam swoich anapausis i pleromy czyli tłumacząc te gnostyckie
pojęcia: odpoczenienia i spełnienia. Cały czas jestem w drodze,
wierzę, że znajdę wreszcie to, czego tak szukam,. Gdy tylko uporam
się ze swoimi słabościami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz