czwartek, 14 listopada 2019

Trochę autorefleksji


Żyję w tym ciele już 32 lata, długo by pisać o tym wszystkim co było. Podobno przeszłość nie ma znaczenia w potędze teraźniejszości. Faktycznie rozpamiętywanie minionych dziejów niewiele daje, a już z pewnością kurczowe trzymanie się przeszłości. Przez wiele lat żyłem przeszłością, wspomnieniami. Potem coś się zmieniło, zacząłem z kolei myśleć o przyszłości, bliższej i dalszej, co za parę miesięcy, co za miesiąc, jutro... Wielkie planowania, które w istocie niewiele dawały, każdy dzień szedł swoim biegiem. Wrócę jednak do opisania samego siebie, wielkiego skrótu tego jak to było w moim życiu. Z pewnością wiele to mówi o mnie samym. Zastanawiając się nad sobą warto jednak wejrzeć w przeszłość i pomyśleć do czego to prowadziło, skąd wzięły się te dobre jak i złe rzeczy...

Dzieciństwo miałem dobre, przez pewien czas beztroskie, potem jako nastolatek było gorzej, były problemy w domu, mianowicie alkoholizm. W głębi serca smuciło to, szczęśliwie było bez agresji i przemocy. Jednak zawsze ten lęk, że rodzicie, których bardzo kochałem i kocham się rozejdą. Zawsze bałem się ich rozwodu. Rodziców otrzymałem w tym wcieleniu świetnych. Mimo pewnych wad byli i są wyjątkowi. Jedyni w swoim rodzaju, tak tata jak i mama. Wiele nauczyli, wzbudzali zainteresowania, uczyli dobrego podejścia do życia. W domu rodzinnym było czasem skromnie, ale zarazem dostatnio. Zawsze jako dzieci, był jeszcze młodszy brat, mieliśmy co jeść, rodzice stawali na głowie byśmy wszystko co niezbędne mieli. Za to jestem im wdzięczny.
Jako chłopiec zawsze byłem nieśmiały, ale w miarę towarzyski, choć wybierałem sobie zawsze pewne grono najbliższych osób, rówieśników. Wychowywałem się jeszcze na podwórku, bez telefonu komórkowego, był komputer, ale dopiero gdy miałem 10 lat, zaś telefon gdy skończyłem 19, dopiero gdy wyjechałem na studia do Wrocławiu. Nowinki technologiczne, samochody itp zawsze były mi obce. Byłem i jestem typem humanisty i poniekąd artysty. Od 6 roku życia wykonuję figurki z plasteliny. Wszystko zaczęło się od figurki dinozaura diplodoka, którą wykonał mój tata, zaś mama kupiła plastelinę. Wtedy zaczęła się moja przygoda z plasteliną, która trwa do dziś. W ciszy i spokoju tworzyłem swój świat figurek, od dinozaurów przez świat zwierząt aż po ludzi z ich prehistorią i historią w końcu światy fantasy inspirowane głównie grami PC, na które kiedyś poświęcałem wiele czasu. Lubiłem zabawki, nie zawsze były na nie pieniądze, więc sam wykonywałem ich namiastki z plasteliny np upragniony zestaw klocków lego. Bawiłem się w odtwarzanie bitew historycznych, składanie ofiar przez Azteków, nawet palenie na stosie...
Było nie było, byłem i jestem wyjątkowy tak jak i każdy. Chyba dopiero teraz z wiekiem widzę, że to wielki dar i szansa. Przeszedłem długą drogę i wiem, że to co w życiu najważniejsze to doświadczenie w rożnych płaszcyznach. Z pewnością wielu miało bogatsze życie ode mnie. Sam tylko raz wyjechałem za granicę i to za pracą. Jednak w ukochanym mieście, do którego przybyłem w wieku 5 lat i jego okolicach spędziłem wspaniały czas i nadal tak jest. To jest moje miejsce na ziemi z jeziorem, parkami, ciemnymi zakamarkami, polami, łąkami i pseudo lesistymi terenami.

W moim życiu miałem też swoje traumy., zatem wrócę do moich nastoletnich przeżyć .W wieku lat 12 zakochałem się w pewnej dziewczynie, była to iście platoniczna miłość, czysto idealizująca, zielona. Oczywiście bez wzajemności tym bardziej że brak mi było śmiałości by wyznać uczucie. Niebawem ona wyprowadziła się. Uciekła szansa wyznania. A ja nadal kochałem wręcz patologicznie rozpamiętując. Lata mijały a ja głównie uczyłem się i grałem na komputerze, niestety przyszła największa trauma życia. Mój tata zapadł na nowotwór, bardzo szybko na moich oczach zmarł w naszym rodzinnym domu. Tego dnia wszytko się zmieniło. Moje życia przepełnił mrok śmierci, jej przeszywający cień towarzyszy mi do dziś. Warto wspomnieć, że jako nastolatek byłem bardzo zamknięty w sobie z racji niespełnionej zielonej miłości. Wtedy z mamą nie było jak rozmawiać, tak uważałem, zaś tata starał się dotrzeć, niestety ja byłem totalnie chłodny na to i wręcz grubiański. Tymczasem on naprawdę chciał do mnie dotrzeć. Gdy zmarł na moich oczach pojawił się wielki zal i wyrzut, że nigdy nie powiedziałem mu prosto w oczy jak bardzo go kocham... Paradoksalnie tego samego dnia spotkałem się z ukochaną dziewczyną, akurat byłem u niej w domu... Zostawiłem list z wyznaniem i propozycją spotkania. Potem spotkaliśmy się, jednak, nic z tego nie wyszło, wiadomo spóźniłem się. W zasadzie ten swoisty zawód i potem ostatnie z spotkanie z nią, gdy odmówiła jakiegokolwiek dalszego kontaktu oraz śmierć taty pchnęły do totalnej izolacji. Zamknąłem się w świecie niespełnionej miłości, i śmierci, lęku, stresu. Oddałem się głównie nauce i swojej plastelinowej twórczości oraz muzyce. Ponadto od tego kosza od dziewczyny zacząłem chodzić na spacery najpierw tam, gdzie mieszkała ukochana. Wtedy spodobały się takie spacery, samo chodzenie. W ten sposób pokochałem samotne wędrówki,, szczególnie wieczorne, a noc stała się moją ukochaną, ta jak Muzyka. W ten sposób to one wraz z Naturą i moją Twórczością towarzyszą mi po dziś. Liceum ukończyłem, maturę zadłem, byłem dobrym systematycznym uczniem. Potem, studia historii we Wrocławiu i 2 lata kultury śródziemnomorskiej, chciałem robić doktorat z tego i skupić się głównie na biblistyce, szczególnie na Nowym Testamencie i postaci historycznego Jezusa. Od około 20 roku życia zacząłem się zastanawiać nad swoją katolicką wiarą.

Z gorliwego katolika stałem się poszukującym, wątpiącym, poznałem inne światopoglądy, w tym agnostycyzm, ateizm, racjonalizm, oraz zainteresowałem się różnymi religiami, alternatywnymi drogami duchowymi. Poznałem świat mistyki, duchowości alternatywnej, stałem się w pewnym okresie życia agnostykiem, może nawet przez chwilę ateistą. Zwątpiłem we wszystko, a pomimo natłoku tekstów do czytania na studia zawsze podczytywałem jeszcze swoje "duchowe lektury". W końcu poznałem książki Anthonego de Mello "Przebudzenie" oraz Willigisa Jagera "Fala jest morzem" są to trudne lektury, spore wyzwania, jednak z czasem dotarły do mnie trudne prawdy. Temat swoje duchowej drogi rozwinę przy innej okazji.
W między czasie poznałem pewną dziewczynę z którą byłem, trwało to 1 rok., potem w związku z dwiema zdradami z jej strony rozstała się ze mną. Fakt zdrady był dla mnie wielkim szokiem, mimo to szukałem kontaktu z nią po rozstaniu, trwało to około 2 lata, bez sensu. Z racji niskiej samooceny myślałem, że nikogo nigdy nie znajdę innej dziewczyny. Potem oddałem się studiom, kontaktom z ludźmi na studiach. Z totalnego samotnika stałem się nawet towarzyski, mogłem porozmawiać w zasadzie z każdym na uczelni Poza tym mialem trochę nauki odpowiedzialności. Cenię ten czas, było niezwykle bogaty w kontakty z ludźmi, rozmowy, żarty, była grupka bliskich znajomych. Warto pamiętać, że nie imprezowałem jak przystało na studenta. Tylko okazyjnie trochę alkoholu ale bez ekscesów. W między czasie pojawiły się problemy żołądkowe, głównie z racji wieloletniego stresu, może też nadmiaru kawy, zarywania nocy. Jednak wszechobecny stres latami osłabiał ciało... Zacząłem chodzić po lekarzach i zmieniłem dietę. Z racji duchowych lektur postanowiłem o wegetarianizmie ze względów etycznych. Tak rozpoczęła się moja wielka przygoda z gotowaniem i pieczeniem, trwa to po dzisiejszy dzień. Jest to temat na inny wpis.
Na studiach skupiłem się na najbliższej mi starożytności z kulturą duchową. Wspaniała przygoda ubogaciła też moje duchowe poszukiwania. Gdy trafiłem na gnozę chrześcijańską uznałem, że to jest to, Jezus jako duchowy przewodnik z Ewangelii Tomasza stał się najbliższy, tak trwa to do dziś.

Studia na historii zakończyłem z powodzeniem, chciałem w przyszłości robić doktorat z historii starożytnej, udałem się na studia kultury śródziemnomorskiej, tam poznałem podstawy greki, łaciny i hebrajskiego. Szło bardzo dobrze, ale już wtedy czułem pewne stany rozbicia i zagubienia,z racji tego niespodziewanie postanowiłem rzucić studia i zacząć pracować. Najpierw we Wrocławiu, a potem w Nysie trochę na bezrobociu i wreszcie wyjazd do pracy w Holandii. Tam była ciężka praca fizyczna przy układaniu cegieł, ciężkie towarzystwo, byłem zupełnie sam , ale chciałem tego. W zasadzie bardziej chciałem zdać sie ana samego siebie, zyskać bardziej nawet doświadczenie niż pieniądze, choć te się przydały. Tam jako wegetarianin byłem niedożywiony, nie przejmowałem się że jem za mało, ciało bardzo wychudło. Już pod koniec zakończenia pracy nabawiłem się w związku z tym zaburzeń odżywania. Zaczął się nieposkromiony apetyt. Zawsze nawraca po ciężkiej pracy fizycznej. To długa i trudna historia... Z pewnością ratuje fakt, dużej aktywności ruchowej w ciągu dnia.

Jeszcze w latach 2010-2011 byłem z pewną dziewczyną, ta była jedyną, która prawdziwie mnie kochała. Jednak szybko uznałem, że za bardzo się różnimy. Po długich przemyśleniach postanowiłem zakończyć związek. Było ciężko, podczas studiów rzuciłem się w wir nauki, były tez przelotne zauroczenia, te zawsze daremne. Wreszcie po 2 poważniejszych zawodach miłosnych dałem sobie spokój ze związkami z kobietami. Akurat po pracy w Holandii zaczęło we mnie wygasać libido. Potem praca na stażu w muzeum i tak szło. Ciągle zmagałem się z narastającymi stanami depresyjnymi. Gdy zakończyłem pracę, z czasem popadłem w całkowite załamanie, w 2017 roku. Postanowieniem popełnić samobójstwo, wszystko było zaplanowane, ale w zasadzie na noc przed tym wszystkim pewien utwór odmienił moje życie i ruszyłem w spacer życia. Cały dzień chodziłem po okolicach. Zostawiłem list pożegnalny, z diwema możliwościami: przeżyję lub wrócę. Tymczasem w drodze wskutek wycieńczenia i odwodnienia słabłem. W końcu postanowiłem wrócić do domu i zacząć od nowa. Jednak odnalazła mnie policja, uznali że jestem niepoczytalny. Ostatecznie pogotowie zabrało do szpitala psychiatrycznego... Tam z początku zbuntowany, wyciszyłem się, szybko bo po 10 dniach wyszedłem i jakby wszystko wracało do normy. Rodzina była w szoku i w zasadzie straciłem ich zaufanie. Być może teraz coś się zmieniło. Ważne, że zrozumiałem, że życie to dar. Cokolwiek by nie było, chcę żyć i iść przez życie oraz krozystać z jego uroków i możliwości.
Już trzeci dzień kontynuuję wpis, dość chaotycznie, ale jeszcze raz w skrócie: od nastolatka szukanie miłości i zawody miłosne, również dużo czasu na naukę, indywidualną drogę duchową, W końcu porzucenie naukowych planów z racji pogorszenia stanu umysłu, po ciężkiej pracy w Holandii wycieńczenie, niedożywienie i tak stopniowo popadałem w osamotnienie i izolację. Postanowiłem żyć sam, jednak brak życia towarzyskiego i mieszkanie samemu, jako że mama wyjeżdża za granicę, sprawiło, że popadłem w depresję. Po targnięciu się na życie i spacerze życia, zrozumiałem wszystko. Wróciłem do pewnej równowagi na lekach, ale szybko przestały działać. W końcu postanowiłem odstawić leki i znaleźć swój sposób na depresję. Znalazłem to w dużej mierze dzięki aktywności fizycznej oraz szukaniu różnych zajęć w ciągu dnia. Wiele pomysłów i ciągle na wszystko mało czasu. W ten sposób porzuciłem myśli o samobójstwie. Stany lękowe i obawy minęły. Wreszcie uwolniłem się do tego, jednak pojawiała się stopniowa słabość ciała i problemy z ciałem fizycznym. Zaczęły sie badania, pobyt w szpitalu. Ostateczna diagnoza póki co w wielkim skrócie wygląda tak; hipogandyzm gonadotropinowy, anemia i hiponatremia. Niemniej jednak staram się iść przez życie i korzystać z każdego dnia. Tak oto wreszcie kończę ten chaotyczny wpis, w zasadzie nawet jego forma wiele mówi o mnie samym. Temat swoich autorefleksji będę jeszcze kontynuował. Póki co ciągle szukam swoich anapausis i pleromy czyli tłumacząc te gnostyckie pojęcia: odpoczenienia i spełnienia. Cały czas jestem w drodze, wierzę, że znajdę wreszcie to, czego tak szukam,. Gdy tylko uporam się ze swoimi słabościami.